Projektancie udowodnij, że jest to możliwe do wykonania... i że się sprzeda!

02:49:00

Przeglądając swoje archiwalne zdjęcia, natrafiłam na pliki z pokazu Ewy Minge, w którym to do stylizacji zostały użyte między innymi skarpetki oraz zakolanówki mojego projektu. Ten pomysł darzę sentymentem, nie tylko ze względu na to, iż został doceniony przez znaną projektantkę, ale też dlatego, że jak to często bywa w zawodzie projektanta współpracującego z jakąś firmą, aby coś zostało wprowadzone do produkcji trzeba się wiele na-udowadniać. W tym wypadku sama szyłam pierwowzory, by pokazać jak łączyć rozciągliwą dzianinę ze wstążką i że taka idea jest możliwa do wykonania. I dało radę? Dało.... więc produkcja się rozpoczęła. Mogę z satysfakcją pochwalić się, że był to projekt, który okazał się samograjem sprzedażowym. Siedzący w branży wiedzą co to znaczy.
Trzeba też przyznać, że produkt ten, który wydawał się dość frywolny, nie zapowiadał się jako typowy hit. Ale ja czułam, że nim będzie.
Ano właśnie....
Moją zmorą jako wieloletniej projektantki freelanserki, jest proces akceptowania kolekcji, czyli wyboru produktów, które wejdą do regularnej produkcji. W sprzedaży masowej, pobożnym życzeniem każdego właściciela firmy jest to, by projektant przedstawił mu możliwe jak najwięcej samo sprzedających się projektów. Najlepiej takich, których już nie trzeba specjalnie reklamować.
I tu zaczyna się górka. Ponieważ oczywiste jest, że gwarancji takowej, nie licząc intuicji, talentu i analizowania trendów, nikt nigdy nie udzieli. Na sukces sprzedaży składa się kilka czynników (projektant odpowiada zaledwie za dwa z nich) między innymi: dobry marketing, wiara handlowców w sprzedawane przez nich produkty i oczywiście sam projekt oraz to, jak zostanie odebrany przez tzw. ulicę, czyli masowego nabywcę. Kiedyś jeszcze głos ostateczny miał gust hurtownika, na szczęście już nie ma ;)
Skąd mamy wiedzieć, czy to się sprzeda?
Właściciel, lub osoba odpowiedzialna za kształt kolekcji (nie będąca projektantem) aby zminimalizować ryzyko nietrafienia w hit, wybiera coś co już zna (czytaj: bezpieczne). Często ma się to nijak do tego co się dzieje aktualnie w świecie mody i zazwyczaj trąci już odgrzewanymi kotletami. Cudownie jest, jeśli trafi się w moment, gdy trendy powracają, lub utrzymują się jeszcze – wtedy zarówno projektant jak i właściciel mają satysfakcję.

Tak oto mamy odpowiedź, dlaczego wielu producentów na rynku polskim nie może przeskoczyć bariery „Centrum Handlowe Ptak” w Tuszynie (które nota bene tak bardzo stara się zaistnieć na mapie modowej ).
Postawa zachowawcza właściciela firmy jest jeszcze do przyjęcia, najgorzej jest gdy ego właściciela domaga się tego, by być również projektantem ;)
Takie zachowania znają nie tylko projektanci odzieży ale też graficy komputerowi i ponoć mechanicy samochodowi (im ponoć klienci lubią doradzać) ;)

Nie uważam, że ktoś kto nie jest projektantem nie może stworzyć dobrej kolekcji. Chodzi o sam fakt zatrudnienia kogoś na tym stanowisku, bądź korzystania z usługi, po to by.... no właśnie po co? By samemu projektować, lub naprawić w swoim odczuciu silnik rękoma mechanika, doradzając mu i wymądrzając się nad uchem?

Kiedyś trafiłam na przypadek gdy pewna pani właścicielka, udzieliła wywiadu w kolorowym magazynie, opowiadając o tym jaką jest projektantką. W artykule zamieszczono na poparcie wywiadu moje rysunki i szkice, nie podpisując że są moje. Sama je skanowałam i wysyłałam do redakcji. Moje przerażenie nastąpiło wtedy, gdy przeczytawszy artykuł, odkryłam w jakim kontekście użyto moje prace. Oczywiście bohaterka wywiadu, nie widziała w tym nic złego, przecież za projekty zapłaciła. Bajka, co nie? ;)

Nagminne są też sytuację, gdy klienci targują się, ponieważ dany wzór lub projekt nie jest skomplikowany, ot dwie kreski, lub trzy kropki w logo, sam bym to narysował – może zapłacę za niego o połowę mniej.
I znów nasuwa się analogia do mądrego mechanika samochodowego a właściwie dowcipu o nim. Kawał był o tym jak facetowi zepsuł się strasznie drogi samochód i jeździł z lawetą, biedak od mechanika do mechanika, nikt nie chciał podjąć się naprawy, nie potrafili znaleźć usterki. W końcu facet trafił do ostatniego warsztatu w mieście. Mechanik, zajrzał pod maskę podrapał się w głowę, pomyślał, wziął młotek walnął w jedno miejsce i samochód odpalił. Po czym wystawił rachunek na 500 zł. Gdy klient poprosił o wyszczególnienie działań na rachunku dostał taką oto rozpiskę: Walnięcie młotkiem 10 zł, wiedziałem gdzie 490 zł

Oczywiście nie wszyscy klienci są ciężkim kalibrem. Jest wiele firm, z którymi cudownie mi się współpracowało lub współpracuje. Właściciele, szefowie którzy potrafią przekazać i opowiedzieć, co lubią, co ich inspiruje. W efekcie takiej współpracy osiągają cudowne kolekcje oraz sukcesy sprzedażowe. Niestety w proporcji jest ich mniej niż tych, którzy powinni przeżyć oświecenie mentalne.

Było chwalenie się, narzekanie, a teraz pytania i wnioski:
Zaczynając od i jednocześnie powracając do zakolanówek oraz skarpetek z satynową wstążką, to faktycznie projekt banalny. Wystarczyło tylko pokazać jak szyć. Sukces pojawił się po tym, gdy została wyprodukowana partia próbna, poglądowa sesja zdjęciowa, sprzedaż przedpremierowa w internecie, która spotkała się z bardzo pozytywnym przyjęciem. Tylko tyle...

Współczesny rynek, internet daje niesamowite możliwości testowania, przez co zmniejszenia ryzyka związanego z dużą produkcją. Cała masa młodych zdolnych ludzi, może stworzyć bez wielkich budżetów, a i tak z satysfakcją finansową dla obu stron, realizacje na poziomie światowym (wkrótce napiszę post i podam Wam przykłady). Cały czas zadaję sobie to pytanie: co należy zrobić aby polscy producenci, mający duże możliwości produkcyjne, wiedzę technologiczną, byli w stanie skorzystać z tego potencjału i wypromować swoje marki? Jak sprawić, by ludzie którzy nie mają pojęcia o sztuce, tworzeniu, pozwolili sobie na to by zaufać artystom​? Jak uruchomić dialog pomiędzy nimi?

Być może chodzi tu o zapotrzebowanie na taki zawód jak mediator, menadżer? Ponieważ wiem sama z własnego doświadczenia, iż ciężko jest wycenić swoją pracę. Pracy, która płynie z serca, pasji – ocena tego jest niezwykle trudna. Nie mam za to problemu by wycenić i mówić o talencie innych ;) O sobie nie potrafię i tu nie chodzi o brak pewności siebie, a pewną subtelność i niewłaściwość. Tak, skromność! To piękna cnota i nie należy się jej wyrzekać.
Porównując naszych rodzimych artystów wszelkiego rodzaju, stojących na piedestale popularności (zaznaczam, że są wyjątki od tej reguły, z roku na rok jest ich więcej i chwała im za to) z artystami tworzącymi „w ukryciu” wielokrotnie bardziej uzdolnionych, za to bez tupetu, dziękuję Bogu za internet, ponieważ być może on właśnie spełnia i spełni w jeszcze większej skali, rolę łącznika pomiędzy światem artystów a producentów. Prezentowanie pracy twórczej w wirtualnych, osobistych galeriach, docenianych i opisywanych przez odbiorców, wykształci obiektywną ocenę – łatwą do odczytania oraz interpretacji dla właścicieli firm. To może być ta poszukiwana gwarancja, że dany artysta jest w stanie stworzyć coś co będzie nabywane przez masy i to nie dlatego, że wpakowano w kampanię grubą kasę, a dlatego że autentycznie jego talent trafia w gusta większości.

Zdjęcie pochodzi z portalu Zeberka.pl http://www.zeberka.pl/art/ewa-minge-pokaz-najnowszej-kolekcji-4166
Zdjęcie pochodzi z portalu Zeberka.pl http://www.zeberka.pl/art/ewa-minge-pokaz-najnowszej-kolekcji-4166
Zdjęcie pochodzi z portalu Zeberka.pl http://www.zeberka.pl/art/ewa-minge-pokaz-najnowszej-kolekcji-4166
Zdjęcie pochodzi z portalu Zeberka.pl http://www.zeberka.pl/art/ewa-minge-pokaz-najnowszej-kolekcji-4166


You Might Also Like

0 komentarze

Google+ Followers